~Sydney~
Przez ostatnie dni byłam nieobecna dla wszystkich. Dla Caro, której chyba to nie przeszkadzało sądząc po tym jak latała za Billem. Dla Adriana, z którym nie miałam siły dyskutować. Dla Zoey, na której pytania nie miałam siły odpowiadać i dla Johna. W sumie nie wiem dlaczego ich wszystkich unikam. Tak jakoś wyszło.
Chyba jestem zmęczona ostatnimi wydarzeniami. Weszłam oknem do pokoju z mojej dachowej kryjówki i zaczęłam przebierać się w jakiś odpowiedni strój na rozpoczęcie roku w tej pogmatwanej szkole. Kolejny minus siedzenia na dachu i rysowania całymi dniami skąd mam wiedzieć w co się ubrać? Przecież z nikim nie rozmawiałam na ten temat. Do stołówki się przemykałam mając nadzieję, że nikt mnie nie spotka. Spać kładłam się jak Caroline już spała i wstawałam wcześnie jak jeszcze spała i wychodziłam na dach. Założyłam więc sukienkę no bo co w końcu miałam zrobić? To chyba będzie najodpowiedniejsze. Sukienka zawsze jest dobra. Na pogrzeb, na ślub, na impreze więc dlaczego nie na rozpoczęcie roku. Założyłam baleriny i rozpuściłam kucyka, a moje włosy opadły mi na ramiona. Ehh.. spojrzałam się w lusterko i co ja mam im powiedzieć? Będą źli? Pewnie tak. Przynajmniej jednej sprawy nie zawaliłam. Wybrałam sobie mentorkę, którą jest Eva. To moja ciocia i wie wszystko może mnie czegoś nauczy? Wyszłam z pokoju idąc do Głównej Sali, w której miało się odbyć rozpoczęcie. Kiedy byłam na miejscu szukałam wzrokiem moich przyjaciół. Zauważyłam Caro, która siedziała koło Billa, Adriana gdzieś niedaleko nich koło Zoey i Johna. Obok niego było puste miejsce, które miałam bynajmniej nadzieje, że czeka dla mnie. Głupio byłoby więc tam nie usiąść. Więc tak zrobiłam.
- Hej - spojrzałam Johnowi w oczy nie wiedząc czego mam się spodziewać.
Spojrzał na mnie i od razu się uśmiechnął.
- Gdzie się podziewałaś księżniczko? Martwiłem się. -Powiedział spokojnie.
- No wiesz po pierwsze nie mów na mnie księżniczko, a po drugie to sobie rysowałam. -odpowiedziałam mu tylko jak skończył mówić.
- Aha... -Posmutniał i odwrócił się.
- Przepraszam - odwróciłam wzrok
- Przecież ja się nie gniewam. Po prostu martwię się o ciebie...
- Ale dlaczego? - zmarszczylam brwi
- Bo ciągle cię nie ma. Z nikim nie rozmawiasz.
- Ja poprostu oddaje się sztuce - wydełam wargi i się uśmiechnęłam
- Tęsknię za tobą... -Powiedział cicho.
- Przecież nie umarłam - powiedziałam i wtedy pojawiła się przed nami Gretchen i zaczęła prowadzić rozpoczęcie roku, które było jak każde inne tylko zabroniła nam wielu rzeczy takich jak niszczenie mienia szkoły, spóźnianie się na zajęcia i spanie w nie swoich pokojach. Groziło to karą odpracowywania godzin na rzecz szkoły, a większe przewinienia wyrzuceniem. Po zakończeniu miałam nadzieję, że uda mi się wrócić niezauważona do siebie nie moglam znieść tego smutneego wzroku Johna. Jakby mnie obwiniał o coś. Kiedy okazało się, że to już koniec ruszyłam przed siebie chociaż wiedziałam, że nie uda mi się znów iść i rysować w samotności miałam taką nadzieję.
Wtedy poczułam na sobie czyjś wzrok. Odwróciłam się i zobaczyłam Johna. Powoli szedł za mną, ale kiedy się zatrzymałam on również się zatrzymał i opuścił wzrok.
- Nie ważne gdzie pójdę i tak pójdziesz za mną prawda?
- Mam zawrócić? Dać ci spokój? Tego chcesz?
- Tak - odpowiedziałam stanowczo - Nie. Nie wiem. Ja już sama nie wiem czego chce- potrząsnęłam głową.
- Jeśli tego chcesz, to zawrócę. Ale tęsknię za tobą strasznie. Brakuje mi ciebie... Jeśli kiedyś zatęsknisz za mną, to będę czekał.
Złapałam go za rękę i pociągnęłam za sobą do mojego pokoju. Zdjęłam baletki i założyłam trampki. Wzięłam szkicownik i weszłam na dach. Podałam mu go w środku było pełno rysunków Łowców, strzał, wężów wszystkiego co się z nimi wiązało. Nieprzytomnej Zoey. Bałam się, a po policzkach zaczęły mi cieknąć łzy.
Bez słowa przytulił mnie i przeglądał rysunki.
- Już dobrze. Jesteś już bezpieczna. -Powiedział cicho.
Wtuliłam się w niego mocniej ale to nie zmieniło faktu, że nadal się bałam. Jednak czułam się bezpieczniejsza w jego objęciach.
- Przepraszam, że wtedy przyszliśmy po ciebie tak późno. Przepraszam. -Szeptał. Był smutny. Obwiniał się.
- To nie twoja wina - powiedziałam całując go lekko i spowrotem wtulając się.
- Nigdy więcej do czegoś takiego nie dopuszczę. Będę cię bronił. Obiecuję...
Uśmiechnęłam się lekko.
- Trzeba wrócić na ziemię - powiedziałam i wróciłam do pokoju
John zaraz znalazł się u mego boku.
- Kocham cię... -Powiedział, ledwo słyszalnym głosem.
- Też cię kocham - powiedziałam znów go całując po chwili puściłam go i przebrałam się z sukienki z powrotem w krótkie spodenki i w koszulkę.
John patrzył się na mnie z głupkowatym uśmieszkiem.
- Co? - zapytałam uśmiechając się do niego - Coś nie tak?
- Nie, nie. Wszystko ok.
- Okej - powiedziałam ze zdziwionym wyrazem twarzy
- Idziemy się gdzieś przejść śliczna? -Spytał.
- Nie mam ochoty- powiedziałam. Nadal chciałam jak najbardziej unikać ludzi.
- To na co masz ochotę? Spełnię twoje każde życzenie. -Uśmiechnął się do mnie.
- Nie wiem. Na nic nie mam ochoty. - powiedziałam. - Myślę, że będzie lepiej jak już pójdziesz.
- Jak sobie życzysz. -Powiedział smutno. Powoli skierował się do drzwi.- Jak zmienisz zdanie, to wiesz gdzie mnie szukać.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz